HouseHopping
theonlymagicleftisart:

(Brian Henry)
Boolean Taxidermy

Boolean Taxidermy

Acid Jazz Essential

Acid Jazz Essential

Let’s dance… Amy Rodchester | Newcastle Festival of Dance Posters
HOLY HOLBOX

  

Mala wysepka, na polnoc od Cancun. Czaruje swymi ozdobami. 

Koscielnymi ozdobami…

MEXICO IN CANCUN

  

   Dluga podroz, oj dluga, taka dluga, ze nie chce mi sie o niej pisac…

   Na lotnisku w Cancun CANCUN  zdjelam skarpetki, przebralam buciki i podciagnelam spodnie. Spokojnie zmierzam w strone przystanku autobusowego. I z lokalnymi zmierzam w strone centrum miasta. Mkniemy po szerokich drogach, mijajac sie wzajemnie z pojazdami i palmami. Wyskoczylam z klimatyzowanego autobusu, w centralny, mistowy zar. Zalana potem znalazlam maly hostelik. Po zmroku jakos mialma problem ze znaleznieniem wejscia. 

   Przedstawiam wspollokatota

Z usmiechem

maluje, sprzedaje, jezdzi po swiecie. Wieczorem spotkalismy sie na dachu naszego malego hosteliku.

Patrzac na dachy miasta, popijamy jego tajemnicza, alkoholowa miksture. Mial wiele do powiedzenia o przeszlosci swiatowych miast. Krazyl myslami z miasta do mista, z kontynentu na kontynent. I tak przy akompaniamecie ulicznej muzyki znalezlismy swoj maly kat, na spokojne zawieszenie…

WONDERLAND-DISNEYLAND-HOMMERSÅK

                                                                                                                  (english)   

   Oczekujemy lata! Ale coś ono takie leniwe, w tej Norwegii. Zalewa nas… jasna, deszczowa chmura, a pomiędzy zdaniami, krew. Z braku słonecznego laku.     Odlatujemy myślami i rozmowami, do przeszłych wycieczek i ciepłych zakątkach.

-Nie ma co się marszczyć, czas na akcje!!! Przyjaciele czekają… 

Dwoje muszkieterów i ja.

-Pogoda?!

-Sprawdzona!

-Trawa?

-Skoszona!

-Dekoracje?

-Są


Czas na małą przerwę i małe co nie co… Telefony się urywajągłos silników, nadjeżdżających maszyn,  dziecięcy gwar, donośny śmiech dużych.

Csssss, pierwsze piwko otworzone. Przechadzam się po ogródku z okularem przeciwsłonecznym na nosku. Pierwsza próba wygody, zasiadła na leżakach w pierwszej części ogrodu, przy bramie wejściowej.

Jednak magiczny wygląd drugiej polowy WONDERLAND, przyciągnął ostatecznie, cale towarzystwo. Tu każdy znalazł sobie coś miłego

Trochę zagubiona wśród ludzi, znalazłam czas na złapanie wspólnego oddechu. Drin za drinem, za drinem drin… Na wygodnym kocyku, nie tracimy czasu, żyjemy!


Mniam, mniam, mniam, jedzonko, chłopaki


Lulu spaćsiiii


DISNEYLAND


dobranoc, bo już ciemna noc…



MAROCCO

(play/9 lazy 9)                                                                                  (english) (spanish)

  

 Wyruszając w małą podróż do tego tajemniczego kraju, z pięknym dobytkiem kulturalnym, nie oczekiwaliśmy. Pozostawiliśmy nasze umysły w ciekawości.

  Porzuciliśmy zdeszczałe tereny i wyruszyliśmy na południe. Hiszpania przywitała nas niewinnym słońcem. Bez opóźnien i z lekkim marszem, ruszyliśmy w stronę marokańskiego nieba.

-Nigdy więcej z tobą w jednym pokoju. Chrapiesz jak stary traktor!

-Dobra, lecimy na prom, nie ma czasu!

No i po promie, uciekł. Nic, czekamy na następny. Po panice szukania wejścia na prom, mamy czas, żeby usiąść w zasmrodzonej, papierosami kafejce. Kawina, ciasteczko, czas, ruszamy… W końcu, Cieśnina Gibraltarska CIEŚNINA GIBRALTARSKA. żadna karuzela nie wybujała moich wnętrzności tak dobrze jak tutejsze fale.

  Tangier TANGIER, thanks God. Już dobrze mój żołądku. Mało ludzi, bez szarpaniny ruszamy w miasto. Znaleźliśmy dwa cenniki taksówek w mieście. Jedna za euro. Przecież jesteśmy w Marocco, jakie euro? To silne państwo jak ichniejsza waluta. Nie ma potrzeby przepłacać. No i druga taksówka. Płacona w lokalnych pieniądzach. Tu, nie wspomnę różnicy w cenie, bo wciąż ciężko mi w nią uwierzyć. Ale takie taksówki jeżdżą po wszystkich miastach w kraju! Niebieskie, zabierające nie więcej niż trzy osoby.

   Kierunek, stacja kolejowa. Śliczna, zadbana, przyjemnie zimna, cicha. Zmierzamy na południe, na Saharę. Przyjaciel na nas czeka. Myśl, spóźnieni na prom… Pociągi odwołane!!! Acha ha ha ha…  Jesteśmy na przełomie lutego i marca. W zimie Marocco zostało zalane przez ulewy. Ciężka zima jak w całej Europie. Linie kolei zostały zalane przy terenach górskich. Mmmm, myśl, kąbinuj, rozmawiaj po francusku… Przyjaciele, rozmawiają po hiszpańsku, ja z karteczką z francuskimi słówkami. Daliśmy radę. Dotarliśmy do stacji autobusów. Tak, tak, tak miejsce, które trzeba zobaczyć. Nie ma żadnych głośników, struny głosowe zastępują, cały ten elektroniczny sprzęt. Dużo nam to nie mówiło, arabskiego nie znamy. Ale jak każda dobrze szanująca się agencja przewozowa, ma swoich agentów i biuro. Biuro małe jak u pani w okienku, w banku. Bez problemu, można wejść i pogadać o przewozach. Dobrze  mówiąc po francusku. Połączenie, angielskiego z hiszpańskim i karteczką z francuskimi słówkami, dały w miarę dobre połączenie.

   Jedziemy do Fez FEZ. Karim odbierze nas z Jozefem, przyjacielem. Czekali na nas. Nie szukaliśmy się długo. Duże miasto, piękne, nawet po zmroku. Przywitali nas z ręka na sercu z dużym uściskiem. Jak w rodzinie… Zabrali nas do królestwa serów, wędlin i marokańskich przysmaków. Nie ma obaw robienia zakupów w centrach handlowych. Produkty z francuska jakością w marokańskich cenach. Dla podniebienia nie mogło być lepiej. Przygotowani po zęby, na wyprawę, w tajemnice 1001 nocy, ruszyliśmy z kopyta na wygodnych czterech kółkach.Zatrzymaliśmy się na pustkowiu Atlas Średnich ATLAS ŚREDNI. Było późno… rano. Wciąż w samochodzie, sen nie pozwała otworzyć oczu. Podnoszę leniwie głowę… pełnia, arabski namiot, pustka, my…

-Czy ja śnię?

   Dotarliśmy do Erfoud ERFOUD, nad ranem, około 4. Respekt. Zatrzymaliśmy się u przyjaciela w domu.

  Dzień dobry Erfoud! Słonce, spokój:

-Bonjour, ça va ?

-Bien!

Kawa z mlekiem. Cóż za smak, cóż za przywitanie.

-Idziemy się wykąpać.

-Tam za rogiem?

-Mmm…

-See u.

  Złapałyśmy wiaderko, mydełko, ręcznik w rękę i skierowałyśmy się w stronę damskiej łazni. Tego trzeba doznać!!! Experience! Dużo ciepłej wody i ciepło jak w sałnie. Trochę onieśmielone, nie znające jeszcze zwyczajów, przygotowujemy swoje miejsca do kąpielowego posiedzenia.

-Lejesz na nią. Przesuń się.

-Gdzie?

-Tu się przesunę i już jest dobrze, podłogi wystarczy dla każdego, każdej…

Jesteśmy takim samym wydarzeniem dla nich, jak one dla nas. Ukryte wzroki, szeptania i podśmiewywanie się. Widok, który nie często spotykamy w naszym zabieganym bycie. Tam czasu nie ma, jest tylko kąpiel, spotkanie, rozmowa, żart. Przy czym szorują się i szorują. Nie widziałam jeszcze w życiu, żeby ktoś się tak mocno i długo szorował. Można usłyszeć czasem jak dziecko sobie zakwiczy z szorowanego bólu. Nie wiem czy mam cierpliwość siedzieć tam dwie godziny. Nie, tam coś czeka na mnie. Śniadanie!

  Wolni z pomysłami, ruszyliśmy w stronę targu, po bagietki, daktyle i figi. Karim zabrali nas do swojego przyjaciela do kafeterii. Tam przygotowaliśmy sobie śniadanie, zakupione w Fez. Do okola wciąż rozbrzmiewa:

-Bonjour! ça va ?

-As-Salāmu `malaykum!

Tak każdy tu się zna i jest przyjacielski. Zamówiliśmy jajecznicę. Mmmm mmm… No i kawę, mleczną kawę.

   Kupiliśmy dywan. Jakoś wyszło.

    Dobra rozmowa, miłe przywitanie i dużo, dużo śmiechu. Zawsze się dogadasz.

-Już ciemno. Ale czemu tak wieje i ten piasek..?


-Aaa to burza piaskowa.

W mieście…

   Ostatnie spożywcze zakupy po drodze do Merzouga MERZOUGA, zaliczyliśmy tuż po lunch w miejscowej smażalni. Tutejsze mięso jest soczyste i dobrze przyprawione. Podawane z butelka wody, zieloną, słodką herbatą i szarymi kartkami papieru to przetarcia buzi i rąk. Zajechaliśmy do naszego zajazdu. Ukryty w piaskach pustyni. 

   Czekały na nas przytulne pokoje z łazienką. Poczuliśmy się jak w domu, traktując wszystkich jak członków rodziny. Zapatrzeni w pustynny piasek, pożegnaliśmy Jozefa.

  Sahara! SAHARA Kiedy okazała się w swej majestatycznej urodzie, zaczęłam spoglądać na nią jak na kobietę. Kobieta zmienną jest. Oj Sahara też. Zwodzi swym świeżo-słodkim zapachem. Zmienia kształt i budowę.

Okłamuje zmysły, po cichu, niewinnie, obiecując, że to już niedaleko. Paży, mrozi, wsysa.

Tajemnicza, piękna, zwodnicza…taka jaką kobieta jest.

   Dni toczyły się powoli i pustynnie. Dni smażyły się na białym słońcu, wieczory zastygały w ciemnym chłodzie. Rozmawialiśmy, w różnych językach, na rożne tematy, z rożnymi ludźmi. Każdego wieczoru siadaliśmy z właścicielem zajazdu i patrzyliśmy w niebo, słuchając codziennych historii. Witani uśmiechem i spokojem, spędziliśmy ponad tydzień na bezkresie, starając się uspokoić zastygnięty pęd, w naszym europejskim stylu.

   Wróciliśmy do Erfoud. Pożegnaliśmy rodzinę i ruszyliśmy przez Atlas Wysoki ATLAS WYSOKI do Marrakesh MARRAKESH. Zabieramy Karima. Towarzyszymy bratu, który jest nauczycielem, w małej wiosce w górach. Gdzie żyją Berberowie BERBEROWIE. Nazwę miejsca zatrzymam dla siebie. Z pewnością uparty podróżnik odnajdzie to magiczne miejsce.

   Nie ma tu dużo, a jednak jest tu olbrzym natury. Miejsce to znajduje się na kompletnym bezludnym górskim stepie. Gdzie słychać dziecięcy gwar, ze szkolnego podwórza. Wyszłam, żeby popatrzeć na baby siedzące przy jedynej drodze w okolicy, do tej okolicy. Ciekawe tak samo, jak ja, zaczęłyśmy spoglądać w swoja stronę. Za plecami wysoki mur, wokół, bezkres gór. Podeszły berberskie baby. Zaczynamy komunikować się. Po berbersku, polsku, angielsku, francusku, arabsku. Myślę, że mowa ciał była tu najlepszym wspólnym językiem. Ostatecznie zostałam zaproszona na herbatkę, ciasteczka i damskie pogawędki. Popijając słodką herbatkę, zajadając  diabelnie słodkie ciasteczka, prowadzimy naszą internacjonalną rozmowę. Spoglądam na Berber kobiety. Duże oczy, usta, zdecydowany wyraz twarzy, górski blask w oczach. Jest przyjemnie i wygodnie, na tej wielkiej kanapie, ustawionej do okoła pokoju. Typowe w marokańskich salonach i nie tylko. Czas już isc. Dziękuje bardzo, za mile spędzony czas. Na pewno zostanie w mej pamięci…

   Jest tu małe zakwaterowanie. Słodka niczym berberskie rzemiosło BERBER CRAFTS. Pomieszczenia pełne kolorów i marokańskiej dekoracji. Opiekuni zajazdu, przyjmują cie z przyjacielskim umysłem. Wieczorem razem pijemy miejscowy bimber i popalamy miejscowa fajkę. Przy akompaniamecie berberskiej melodii. Mężczyźni grają i nucą ballady w języku rdzennych ludzi Maroka. Rozmawiamy do ostatniego zamkniętego oka, zaspanego umyslu…

  Ouarzazate OUARZAZATE miejsce polozone u podnurza Wysokich Atlas.

-Czuje się jak w olbrzymim, podwodnym korytarzu!

-Wieje, uszy mi odpadają.

Miejsce to powinno się nazywać podobnie jak Wielki Mur (Great Wall), Wielki Korytarz (Great Corridor). Ciągle odnosi się warzenie, ze stoisz w nieustannym przeciągu. Noc spędziliśmy w dość, wysokiej hotelowej konstrukcji. Ciekawa architektura budynków. Wąskie, wysokie budowle, z wieloma tarasami, korytarzykami, schodami. Spotkaliśmy wielu Polaków. Przyjechali tu dla wspinaczki. Miejsce te wykorzystywano dla wielu filmów jak Gladiator, Kleopatra, Tybet, Romeo i Egipt. Jest na co popatrzeć.

Jena szybka noc. Siadanie przy akompaniamencie czarno-afrykańskiej muzyki. Transport…Marrakesh.

  Mowią, ze to miasto ma swój zapach, inny od reszty marokańskich miast.

-Czujesz jakiś zapach?

-Tak, twoich stop. Już jest po dwunastej, jestem zmęczona.

-Targują się strasznie, ale damy rade. Musimy poczekać na jedna osobę i mamy transport do Essaouira.

Atlantyckie powietrze od razu w nas uderzyło. Oczy otworzyły się szerzej.

-Jesteśmy. Idziemy teraz do mojego brata, do knajpy, jeszcze nie skończył grać.

Jest środek nocy, po za sezonem turystycznym. Mało ludzi na ulicach. jednak czuć ukryty w betonie, swąd europy. Modernistyczne miasto z szerokimi, asfaltowymi drogami. To jest inna historia, w tym samym kraju. Pozostawiliśmy, za sobą majestatyczny, tajemniczy swiat. Essaouira ESSAOUIRA, miasto hippisów. Długie i szerokie plaże, sklepy, moda, lanss. Z plecakami pomaszerowaliśmy do knajpy, na ostatnie piwo i klucz do snu. Jasim i jego wielki pies. Oboje tak samo sympatyczni. Wynajeliśmy mieszkanie w samym sercu Medina MEDINA. Z tarasem nad sklepikami. Nie było tak gwarno jak się tego spodziewaliśmy. Lecz z pewnością zimno i deszczowo. Zrekompensowaliśmy sobie tą niedogodność wspaniałym jedzeniem i wypożyczonym samochodem.

-Jedziemy w okolice Agadir! AGADIR

  Nasz czterech (pancernych) i Pan Samochodzik. Nie mogło być już lepiej. Brum brum… Droga przepiękna, coraz cieplej i cieplej. Po małych poszukiwaniach, perły wybrzeża, znaleźliśmy to czego szukaliśmy. Przyjechaliśmy w nocy, wiec złapaliśmy to co było. A nie było źle. Na dzień dobry rozpoczeliśmy poszukiwania tego ukrytego, naszego kąta. Kto pyta nie błądzi, kto szuka ten znajdzie. To na prwdę świete słowa, dla ludzi, którzy podróżuja. Wynajeliśmy mieszkanie od jednego z mieszkańców. Trzy poziomowe. Dwa olbrzymie tarasy skierowane w stronę oceanu. Codziennie fale budzą nas swym szumnym śpiewem…

   I tu bym zakończyła swą podroż, na dłuższy czas. Lecz uzależnieni od swoich powinności, wracamy do krainy deszczowców.  Po drodze, jak na zwyczaj przystało, odpłynął nam prom przed samym nosem, skosem.

  Było to jedno z najlepszych podróżniczych doświadczeń. Z pewnością jest to miejsce na dłuższy pobyt. Zostałam zaskoczona i oczarowana, kulturą narodową jak i osobistą. Znalazłam się w dobrych miejscach w odpowiednim czasie. A może to po prostu życie.